wtorek, 7 marca 2017

Wakacje w styczniu, czyli Teneryfa na własną rękę


Kochani moi czytelnicy!
Dziś znów będzie o naszych wyprawach.
I nie tylko.
Również o przełamywaniu barier,
zapraszam Was do przyjemnego czytania. :)



 Nasze miasteczko

Candelaria

W podróżach dużych i małych dostrzegam pewną zależność.
Im częściej się podróżuje tym bardziej człowieka nosi, tym większy głód tych podróży. :)
I tak z tym naszym głodem nosiliśmy się trochę i zastanawialiśmy gdzie by tu...
Ja nieśmiało myślałam o Kanarach, ale sądziłam, że Pan Wu. będzie wolał zwiedzić jakąś stolicę.
Podsuwałam mu artykuły o wyspach kanaryjskich, czytał z zaciekawieniem, ale cały czas każdy myślał swoje, a w zasadzie myśleliśmy to samo.
Pan Wu. po bardzo pracowitym roku również chciał na wyspę! Hura!
Ostatecznie postanowiliśmy jechać w styczniu, więc wybór wsyp w Europie nie jest ogromny w tym czasie. Tym bardziej utwierdziliśmy się w przekonaniu, że nasz kolejny kierunek to wyspy hiszpańskie.
Przeanalizowaliśmy każdą z wysp kanaryjskich i wybraliśmy tę, która najbardziej odpowiadała nam przyrodniczo. ;)


 Okolice naszego miasteczka

jw.

Już w czasie pobytu na Krecie postanowiliśmy, że kolejny wyjazd za granicę zorganizujemy sami, bez biura podróży.
Zachęciło nas do tego niezależne zwiedzanie Krety. 
Może nawet nie tyle zachęciło, co ośmieliło.
Dotychczas w głowie były bezsensowne obawy, że "nie dam rady", "nie wiem jak się za to zabrać", "mój angielski to słabiutki, oj słabiutki", itp., itd....
Masa wymówek, które tylko nas ograniczają!
Kto wie, czy ja sama nie byłabym wierna tym wymówkom.
Na szczęście Pan Wu. zadecydował, że tym razem SAMI.
I chwała mu za to!
A dla mnie to kolejna lekcja - wymówkom mówimy stop!
Wyłaźmy ze swojej strefy komfortu, ze swojego kokonika bezpiecznego i cieplutkiego!
Wyłaźmy, bo warto jak cholera!
Ło matko, ile ja się o sobie dowiedziałam w czasie tego wyjazdu. :)
Że jestem odważna.
Że mój angielski w zupełności wystarczy by się dogadać, a nawet pogadać kilka godzin z Włochami.
Że mój angielski jest o niebo lepszy od angielskiego kelnerów w kanaryjskich knajpach (co? mój angielski może być lepszy??? niemożliwe ;)).
Że potrafiłam zachęcić Kanaryjczyka do odwiedzenia Polski.
Że nie straszne mi lotniskowe i inne formalności.
Że spokój to podstawa.
Że jestem świetnym pilotem (no dobra, o tym wiedziałam wcześniej).
I wiele różnych innych rzeczy mogłabym tu wymienić. :)
Tak więc jeszcze raz Was zachęcam:
jeśli nie robicie czegoś, bo macie obawy czy dacie radę
- po prostu zacznijcie to robić. :)
Satysfakcja gwarantowana.

 Santa Cruz de Tenerife

Puerto de la Cruz 



A dla tych, którzy chcą podróżować na własną rękę, ale nie wiedzą co i jak,
wszystko podaję jak na tacy. Proszę bardzo :)

Po pierwsze, dojazd.
W naszym przypadki, w grę wchodził tylko samolot. Najpierw zrobiliśmy rozeznanie jacy przewoźnicy latają z jakich lotnisk do celu naszej podróży. Bezpośrednio na stronach poszczególnych przewoźników sprawdzaliśmy ceny lotów, kwestię naszego dojazdu na lotnisko i pozostawienia tam auta na tydzień (dodatkowy koszt). Dla nas to istotne kwestie, bo lotniska w Zielonej Górze nie ma. :)
Padło na WizzAir i Katowice. Tak, niezbyt blisko, ale cena za bilet nas satysfakcjonowała.
Kiedy rezerwować bilet? Szczerze mówiąc nie wiem.
My rezerwowaliśmy niecały miesiąc przed wylotem i zapłaciliśmy znacznie mniej niż osoba wracająca tym samym samolotem do Katowic, która rezerwowała  2 miesiące przed wylotem. Zatem zasada im szybciej tym lepiej nie miała tu zastosowania. Podobnie z zasadą "na ostatnią chwilę". Ceny na nasz lot rosły im bliżej było wylotu. My sami zapłaciliśmy w sumie 200zł więcej, bo cena zmieniła się na naszych oczach w ciągu 20 minut.
Aby było taniej spakowaliśmy się tylko w duży bagaż podręczny. Duży bagaż rejestrowany to dodatkowe kilka stówek - moim zdaniem nie warto. Nie płaciliśmy też za ubezpieczenie lotniskowe. Odprawialiśmy się on-line co pozwoliło nam uniknąć kolejek na lotnisku, a także mogliśmy tam być na godzinę przed wylotem, a nie na dwie godziny przed.
Parking na lotnisku w Katowicach jest niedrogi - 8 dni to koszt około 30-40zł.



Po drugie, nocleg.
Oczywiście niezawodny okazał się booking.com.
Jesteśmy klientami dość wybrednymi, bo nie chcemy nocować w dużych hotelach, nie chcemy nocować w wielkich kurortach. Wybór był więc znacznie ograniczony, ale znaleźliśmy cudowny nocleg w miejscowości Arafo, która leży u podnóża gór we wschodniej części wyspy. Pensjonat miał tylko 3 apartamenty, do tego duże podwórko z basenem i miejscem do grillowania, choć to akurat nie było nam potrzebne. :)
Noclegów można szukać na innych portalach lub udać się do biura podróży i zapytać o same oferty noclegowe. Tak też zrobiliśmy, ale żadna oferta nie spełniała naszych oczekiwań, również finansowych. W cenie, która nam odpowiadała noclegi były głównie na północy (ryzyko zimna i deszczu, zwłaszcza zimą!) oraz w wielkich hotelach.



Najdalej na zachód - piękne miejsce... 


los Gigantes


Po trzecie, ubezpieczenie.
Darmowe ubezpieczenie na wyjazd do krajów UE można otrzymać OD RĘKI w placówce NFZ. Ubezpieczenie ważne jest pół roku.
Dodatkowo można wykupić ubezpieczenie w dowolnym biurze podróży. Pakiety są przeróżne, ceny też. My wzięliśmy pakiet najtańszy - koszt na dwie osoby około 40zł.

Góry Anaga - warto było się wspinać

Po czwarte, wynajem samochodu.
Samochód zarezerwowaliśmy przez internet. Lądowaliśmy w miejscu dość oddalonym od Arafo, więc ważne dla nas było to, aby samochód na nas czekał i aby móc go odstawić na lotnisku. Z kilku źródeł dowiedzieliśmy się, że za taki wynajem można zapłacić tylko kartą kredytową, a my takiej nie posiadamy. Napisaliśmy mejla do wypożyczalni o możliwość zapłaty kartą debetową. Odpowiedź była odmowna, zatem anulowaliśmy rezerwację postanawiając, ze idziemy na żywioł czyli ogarniamy temat auta już tam na miejscu. Co ciekawe, po naszym odwołaniu rezerwacji okazało się, że można kartą debetową płacić. ;)
Natomiast na lotnisku pan się nas zapytał czy chcemy zapłacić kartą... czy gotówką. ;) dodatkowo zapłaciliśmy mniej niż mieliśmy zapłacić. Wynajem auta kosztował nas 120 euro na 8 dni. W cenie wszystkie ubezpieczenia, co dla nas było bardzo istotne.
Auto można wynająć taniej - są to auta słabsze i / lub bez wszystkich ubezpieczeń.
I myślę, że cena mogłaby być niższa gdybyśmy rezerwacji dokonali z odpowiednim wyprzedzeniem.
Benzyna jest nieco tańsza niż w Polsce, bo kosztuje około 0,8 euro/l. W ciągu 8 dni zrobiliśmy 1000km i wydaliśmy na to 50 euro. 

jw. 

jw. (jak w norweskich lasach?)

I w zasadzie to są wszystkie sprawy organizacyjne. Proste, co? :)

Ewentualnie wspomnę jeszcze o przewodniku.
Nie kupiliśmy przewodnika tylko... zrobiliśmy go sami! :)
A raczej zrobił Pan Wu.
Informacje z różnych stron internetowych złożył w dwie książeczki, wydrukował, zbindował, dołożył wydrukowaną wielką mapę. I tyle. Pełna profeska. :)
Koszt zerowy, kilkadziesiąt złotych w kieszeni, a satysfakcja bezcenna.


A teraz jak na Marsie ;) czyli Park Narodowy Teide 



W dzisiejszym wpisie to by było na tyle, ale planuję jeszcze pisać tu o Teneryfie, o naszej przygodzie. Była niezapomniana, pełna wrażeń, pozytywnej energii, odwagi, radości... 
Moi stali czytelnicy wiedzą, że uwielbiamy podróżować po Polsce dlatego tej wyprawy nie porównuję do naszych krajowych. Porównam do zagranicznych. Nie byłam w wielu miejscach, ale na póki co, Teneryfa jest moim numerem 1! Tak zróżnicowana przyroda i klimat. Mnie wzrusza i zadziwia głównie natura, a tego tam miałam pod dostatkiem i codziennie piałam z zachwytu i skakałam z radości (dosłownie). Tym bardziej muszę spisać moje wspomnienia. A przy okazji mogą się przydać innym, mogą być wskazówką i / lub zachętą. :)
Zatem do zobaczenia się z Państwem, papa ;)))


I jeszcze najbardziej znany widok z Teneryfy. Piękna plaża, acz sztuczna - piach nawieziono z Sahary w latach 70. :)


Zdjęcia starałam się wrzucać w kolejności tematycznej. Więcej napiszę niebawem. :)

wtorek, 28 lutego 2017

Jarski obiad zimą, czyli czarny ryż z jarmużem i aromatyczną pieczoną ciecierzycą

W głowie miała totalną pustkę.
Gdy coś się w niej pojawiało
było niepełne,
nie miało sensu.
Kolejne pomysły były bez polotu
i najzwyczajniej w świecie
nie miały tego czegoś.
Odkąd zaczęła wierzyć,
że ma intuicję,
(jak się okazało ogromną!)
wiedziała, że nie może
skorzystać z pomysłów, których nie czuła.
Które,
jak to teraz mówią,
nie klikały.



Odpuściła,
zapomniała na chwilę,
a budząc się w niedzielę,
miała w głowie TO COŚ.
W zasadzie nie wiedziała do końca
jak będzie efekt,
ale zrobiła co czuje.
Wyszedł doskonały, zdrowy, bezmięsny i ładny obiad.

A ta opowiastka niech będzie wskazówką
i przełożeniem na inne,
poważniejsze aspekty życia.
Zawsze słuchaj siebie,
swojego wewnętrznego głosu,
swojego organizmu.
Jeśli trudno Ci usłyszeć,
wycisz się, zaufaj, skup.
A czasem, po prostu odpuść, wyluzuj.




Z tym podsumowaniem zapraszam Was na pierwszą, zimową odsłonę nowego cyklu pt.
JARSKIE DANIA NA CZTERY PORY ROKU.
Dań w sumie będzie 20, po 5 na każdą porę roku, na 5 blogach.
U Marzeny, Małgosi, Magdy, Alutki, Kamili.Czyli u MMMAK ;)
Zapraszam! Myślę, że wiele z Was skorzysta, bo wiem, że wiele moich czytelniczek nie je, lub rzadko je mięso. :) Jak ja.

Skład: 150 g czarnego ryżu, puszka ciecierzycy (lub tyle samo ugotowanej - nawet lepiej), 4 garście jarmużu, 10 pomidorów suszonych, 2 średnie pomarańcze, 2 łyżki oleju rzepakowego, 3 łyżeczki oliwy, 3-4 łyżeczki harissy*, szczypta papryki wędzonej ostrej, szczypta papryki wędzonej słodkiej, sól;

Porcja na 2 osoby
  • piekarnik nagrzać do 180 stopni,
  • pomarańcze obrać i wyfiletować (moje pomarańcze były bardzo dojrzałe i poległam w tej kwestii;)),
  • ryż przepłukać na sicie, przełożyć do garnka, zalać wodą (w stosunku 2:1) i gotować 30 minut (tak by nie był całkiem miękki); po ugotowaniu odcedzić;
  • ciecierzycę odcedzić i opłukać, osuszyć papierowym ręcznikiem i przełożyć na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia; dodać harissę, oliwę, papryki wędzone i szczyptę soli; wstawić do nagrzanego piekarnika i piec 20-25 minut w międzyczasie 2-3 razy przemieszać,
  • na patelni rozgrzać olej, dodać jarmuż, szczyptę soli, a po chwili dodać suszone pomidory pokrojone w paski, chwilkę przesmażyć,
  • dodać ryż, wymieszać i smażyć około 5 minut, tak by ryż był miękki,
  • dodać ciecierzycę i cząstki pomarańczy wraz z powstałym sokiem, pomieszać, smażyć 2 minuty; ewentualnie doprawić do smaku.



*Harissa - arabska pikantna pasta. Można kupić gotową lub zrobić samemu.
Ja zrobiłam według przepisu Dominiki Wójciak ("Warzywo"), który podaję poniżej.
Jako, że nie miałam chilli, dodałam ostrą paprykę, co w konsekwencji nie dało dużej ostrości paście, ale to dobrze, bo Pan Wu. nie lubi pikantnych potraw.

Harissa: 2 ząbki czosnku, 2 łyżki soku z cytryny, 1/2 łyżeczki ziaren kuminu, 1/2 łyżeczki ziaren kolendry, 1/4 łyżeczki ziaren kminku, 1 łyżka chilli w proszku, 1/2 łyżeczki wędzonej papryki, 1 łyżka przecieru pomidorowego, 4 łyżki oliwy z oliwek, 1/2 łyżeczki soli;

  • Czosnek rozgnieść na pastę razem z solą i sokiem z cytryny. Kolendrę, kumin i kminek uprażyć na suchej patelni, a następnie utrzeć w moździerzu. Pastę z czosnku połączyć z przyprawami, oliwą i przecierem.
  • Przełożyć do czystego wyparzonego słoika. Przechowywać w lodówce do tygodnia.
  • Harissa pasuje do przyprawiania pasztetów wegetariańskich, do pieczenia warzyw lub strączków, do zup, mięs.


A Wy jakie bezmięsne obiady jecie? :) No i pytanie ważniejsze - słuchacie siebie? Czy nie zawsze się udaje?

środa, 18 stycznia 2017

Tylko 5 minut, a jaka kolosalna zmiana! + mini konkurs

Mogą być wybawieniem,
albo zmorą.
Mogą być bodźcem do działania,
albo haczykiem, który ciągnie w dół.
Mogą dawać energię,
albo uczucie znużenia.
Mogą dać nam satysfakcję,
albo powodować uczucie beznadziejności.
Mogą dać radość,
albo smutek...



Już wiesz o czym mówię?

O NAWYKACH!

Nawyki mają ogromną moc.
Moc, która pociągnie nas w kierunku osiągnięcia celu
lub w kierunku przeciwnym.
Nawyki mogą nas frustrować.
I często dzieje się to poza naszą świadomością.
Bo czy zastanawiamy się nad tym dlaczego rano śpimy za długo?
"Od zawsze śpię do 8, więc tak wstaję".
Czy zastanawiamy się ile moglibyśmy zrobić gdybyśmy wstali o 7:30, a nawet o 7?
Nawet gdy się zatrzymamy nad tą myślą to co z nią robimy?
NIC.
Bo przecież "ja zawsze wstaję o 8 i NIE POTRAFIĘ wstać wcześniej".
POTRAFISZ.
Naprawdę potrafisz.






Czy wszyscy zastanawiamy się dlaczego rano nie jemy śniadania? Dlaczego objadamy się na noc? Dlaczego nasze marzenia są ciągle w sferze odległych planów? Dlaczego nadal siedzimy na kanapie i nic nie robimy?

"Ja nigdy nie ćwiczyłam i mimo, że chciałabym być szczuplejsza to nie będę ćwiczyć, bo nie umiem, nie nadaję się do tego, nie dam rady"....
DASZ RADĘ.
Tylko musisz odpowiednio zacząć.
Odpowiednio, czyli jak?
Jak zmienić swój uwierający nawyk?
Jak wprowadzić w zamian coś nowego?
Rad na ten temat jest mnóstwo i każdy z nas musi znaleźć to co jemu pasuje.




Co pasuje mnie? I co mogę polecić?
MAŁE KROKI.
To jest mój klucz do nawykowego sukcesu.

Zawsze byłam niesamowitym śpiochem.
Wieczorem robiłam maksymalnie wszystko,
by rano (w dni pracujące) wstać jak najpóźniej.
Liczyła się każda minuta snu.
Miałam też kilka podejść do ćwiczeń.
Za ćwiczenia zabierałam się wieczorem
i zawsze kończyło się to fiaskiem.
Po prostu nie chciało mi się ćwiczyć.
Któregoś dnia wstałam 5 minut wcześniej (aż 5 minut!),
by wykonać 5 ćwiczeń, każde po 3 powtórzenia.
Trwało to tydzień.
W każdym kolejnym tygodniu (nie dniu, ale tygodniu),
zwiększałam ilość powtórzeń o 2.
Doszłam w ten sposób do 21 powtórzeń, a następnie do serii kolejnych ćwiczeń.
Okazało się, że wstaję 30 minut wcześniej.
Okazało się, że ja wolę niespieszne poranki
i że one SĄ MOŻLIWE.

U mnie nie działa rzucanie się od razu na głęboką wodę.
Pewnie, że chciałabym osiągnąć cel szybciej,
ale z drugiej strony - fajna jest ta odrobinę dłuższa droga.
I jak doskonale ćwiczy cierpliwość!
Poza tym, wprowadzenie nawyku w ten sposób jest bezbolesne, 
niemal niezauważalne.
Wszystko jakby działo się samo.
A czy takiego samonapędzającego się działania, nie lubimy najbardziej? :)

Pomyślicie o swoich nawykach, które Was uwierają?
Może wspólnie zaradzimy jak pomału je zmienić?

A jeśli chcesz poznać wiele metod, które pomogą Ci okiełznać Twoje nawyki,
napisz komentarz. Dla jednej osoby mam książkę ufundowaną przez wydawnictwo Znak. Gwarantuję, że w książce tej znajdziesz metodę, która będzie odpowiednia właśnie dla Ciebie.
31 stycznia ogłoszę zwycięzcę. :)

UPDATE

Zwycięzcą jest Anonim, który był ze mną bardzo szczery i któremu bardzo przyda się ta książka. Trzymam kciuki! I proszę o kontakt na aluucha@gmail.com



sobota, 31 grudnia 2016

Słowo na koniec roku / Na kaca #5

Zatęskniło mi się za pisaniem.
Bardzo chciałabym robić to częściej
i pisać słowa,
które może choć jednemu czytelnikowi
najzwyczajniej w świecie się przydadzą.
Słowa, które może będą zaczątkiem czegoś dobrego.
Słowa, które sprawią, że a nuż coś się odmieni?






Dziś będą słowa o starym i nowym roku.
Stary się właśnie kończy.
Jaki był dla mnie?
Był rokiem bardzo ciekawym.
Spędziliśmy fantastyczny czas na Mazurach i Podlasiu,
kilka dni w Pradze, dwa razy byliśmy w górach.
W moje urodziny byłam księżniczką na Zamku Książ
i była to niesamowita niespodzianka od Pana Wu.
Inną niespodziewaną niespodzianką z jego strony
było małe przypieczętowanie naszego związku,
które odbyło się w sercu Puszczy Białowieskiej,
a ich świadkami były tylko nasze rowery,
natarczywe muchy i komary
i kanapki. :)
To takie nasze było.
Na początku roku urodziła się moja bratanica,
a ja znów zostałam ciocią.
Zrobiłam setki kilometrów na rowerze,
zaczęłam nieśmiało jeździć autem
i tylko kilka razy popływałam.
Pierwszy raz w życiu spędziłam wigilię poza rodzinnym domem.
Doświadczyłam wiele przykrości w życiu zawodowym,
przeszłam wiele stresów związanych pracą,
wystąpieniami publicznymi i nie tylko.
Miałam chwile smutku, złości, bezsilności.
I wiecie co zmieniłabym w moim 2016 roku?

N I C



Wszystko co mnie spotkało czegoś mnie nauczyło
i dla mnie to wszystko było...
DOBRYM zdarzeniem.
Z każdej sytuacji wyciągam wnioski i zawsze zastanawiam się
"po co to jest?"
"co mi to da?"
I, naprawdę zawsze znajduję odpowiedź.
Nawet w tym dlaczego ktoś był wobec mnie niemiły.
Co ten niemiły mi pokazał?
"Aha! To i to..."
Czemu ten niemiły tak się zachował?
"Aha! Dlatego..."



Czego oczekuję od roku 2017?
Niczego.
Po pierwsze, "oczekiwanie" to brzydkie słowo,
takie roszczeniowe.
Po drugie,
nie ma dla mnie znaczenia zmiana roku w kalendarzu.
Bo samo przyjście nowego roku niczego w Waszym życiu nie zmieni.
Serio.
N I C Z E G O.
W Waszym życiu coś się zmieni
jeśli to Wy będziecie je zmieniać.
Cyfra 7, ani żadna inna nie ma takiej mocy,
jaką Wy macie w sobie.

Dlatego dziś, życzę Wam (i sobie)
otwartości umysłu,
otwartości serca,
jak najmniej sztywności,
jak najmniej zacietrzewienia.

Wszystkiego dobrego, Kochani!
I ogromnie dziękuję Wam, że tu jesteście :*


*****************

Na ewentualnego kaca lub po prostu na Nowy Rok proponuję Wam szybki rosół na samej wołowinie.

Skład: 400-500 g wołowiny z kością, 3 duże marchewki, 2 średnie pietruszki, kawałek selera, 1 por (cały, jedynie bez zwiędniętych końcówek), 1 łodyga selera naciowego, 1 cebula, kawałek świeżego imbiru, ziarna pieprzu, sól, pieprz, pół łyżeczki kurkumy, pół łyżeczki bertramu (opcjonalnie);

  • cebulę obrać, przekroić na pół i podpiec na czarno na suchej patelni,
  • wołowinę umyć i zalać zimną wodą (około 2,5-3 litry),
  • zagotować, zebrać szumowiny,
  • wszystkie obrane i umyte warzywa oraz podpieczoną cebulę wrzucić do gotującego się mięsa,
  • marchewkę dobrze jest przekrajać wzdłuż, wówczas odda więcej słodyczy,
  • dodać wszystkie przyprawy,
  • gotować na bardzo małym ogniu przez około 3 godziny,
  • podawać z makaronem i dużą ilością natki pietruszki;

Przepis na rosół z kurczaka i wołowiny oraz rosół z domowym makaronem znajdziecie tutaj




Fajnego Sylwestra! Takiego po Waszemu :) :*

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Ruiskuorinen olutlimppu – fiński chleb świąteczny


Dom udekorowany lampkami i świecami.
W zasadzie mogłabym tak cały rok...
Tak bardzo lubię to ciepłe światło.
Prezenty dawno zgromadzone,
papiery i wstążki czekają by okryć 
pudełka i pudełeczka.
Kolejne wianki się wiją,
niemal w każdej wolnej chwili.
Hela czeka na przegląd kota.
To już taka grudniowa tradycja,
wizyta u weterynarza.

Któreś okna umyte,
a któreś nie,
ale to nie jest mój priorytet
(i chyba nigdy nie będzie ;)).
Plany urlopowe zaczynają
nabierać realnych kształtów.
Aromatyczny świąteczny chleb upieczony,
domowe frytki na obiad zjedzone,
białe wino wypite...

I tak nam leci ten grudniowy czas.
A Wam? Jak leci? :)



Dziś, zapraszam Was na iście grudniowy chleb! Pieczony w ramach Piekarni Amber. Wypiek grudniowy zaproponował Gucio.

Starter: około 1 g świeżych drożdży, 75 ml zimnej wody, 150ml/90g mąki pszennej (dałam typ 650), 1/2 łyżeczka soli;

  • Rozpuścić drożdże w wodzie, dodać mąkę i wyrobić przez około dziesięć minut,
  • Dodać sól i wymieszać,
  • Przykryć folią spożywczą i umieścić w lodówce na kilka godzin lub na noc.

Ciasto: 125 ml wody (temperatura pokojowa), 125 ml ciemnego piwa, ok. 25 g świeżych drożdży lub 8g suszonych, 100ml/60g mąki żytniej razowej (dałam typ 750), 75ml/50g mąki graham (lub orkiszowej), 2 łyżeczki kopru włoskiego, 1 łyżeczka suszonej gorzkiej skórki z pomarańczy (w większości różnych fińskich przepisów pojawia się gorzka skórka z pomarańczy ale nie kandyzowana, dałam, jak Gucio, świeżą startą z 2 pomarańczy i dla mnie to jest za dużo), 1 łyżeczka mielonego imbiru, ½ łyżeczki goździków, 50ml/90g melasy (dałam 2 łyżki płynnego miodu), 25 ml roztopionego masła, 1 łyżeczka soli, około 650ml/400g mąki pszennej o dużej zawartości białka (ok.12,5g);

  • Wymieszać w dużej misce wodę, piwo, drożdże, melasę i sól. Dodać starter,
  • Dodawać, mąki żytnią i graham, przyprawy,
  • Wymieszać i dodawać pozostałą mąkę (konsystencja dość luźna ale pozwalająca na ręczne wyrabianie),
  • Wyrabiać dalej dodając roztopione letnie masło,
  • Wyrabiać ok. 10 minut aż ciasto będzie elastyczne i gładkie (podsypałam odrobiną mąki),
  • Miskę wysmarować masłem lub oliwą i przełożyć do niej ciasto,
  • Przykryć folią i pozostawić na 30 min. Odgazować i pozostawić na kolejne 30 minut.







Skórka piwna (kruszonka): około 2,5 g świeżych drożdży, 100 ml ciemnego piwa, 100ml/60g mąki żytniej razowej, 1/4 łyżeczki soli; Mąka do obsypania skórki: około 25ml/15g mąki żytniej razowej.

  • Rozpuścić drożdże w piwie. Dodać sól i mąkę i szybko wymieszać. Pozostawić przykryte folią na 30 minut.
Wykończenie:
  • Ciasto podzielić na dwie części i uformować okrągłe bochenki,
  • Każdą kulę ciasta przełożyć na papier do pieczenia (łatwiej będzie przenosić do pieca) i obłożyć skórką piwną i grubo obsypać mąką żytnią razową (dodatkowa),
  • Pozostawić pod przykryciem na 45 -60 minut w celu wyrośnięcia,
  • Piekarnik rozgrzać wraz z blachą (lub kamieniem) do 250 stopni, po 25 minutach przełożyć na gorącą blachę bochenki (ja przełożyłam od razu po nagrzaniu); Na dno piekarnika umieścić blaszkę z gorącą wodą,
  • Chlebki przełożyć na kamień (blachę) i piec przez 5 minut w temp. 250 stopni,
  • Następnie zmniejszyć temperaturę do 200 stopni i piec około 45 minut (do uzyskania głuchego odgłosu przy stukaniu w spód chlebka),
  • Podczas pieczenia dobrze jest otworzyć kilka razy piekarnik w celu uzyskania większej chrupkości skórki,
  • Po upieczeniu umieścić na kratce do przestudzenia.





Chleb szczerze polecam miłośnikom aromatów. Dla mnie było ich trochę za dużo. Gdybym miała znów robić ten chleb, dałabym skórkę startą z jednej pomarańczy i chyba zrezygnowałabym z goździków. Sam miąższ i skórka są doskonałe i bardzo mięsiste. Takie jak lubię. :)

Fiński chleb na blogach:

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...